Czarna torba czekała już przed wejściem. Nie była zbyt duża choć wyjeżdżałam na 2 tygodnie, ale cały sprzęt i kostiumy miały czekać na miejscu. Nie bałam się misji, bałam się nieznanego. Przecież słyszałam na własne uszy jak mówił, że ten wyjazd będzie zupełnie inny niż wszystkie. Kiedyś omal nie zginęłam, a teraz miało być jeszcze gorzej. No czy ich już do reszty porąbało?
Przytuliłam się do rodziców, pomachałam bratu, po czym wyszłam przed dom. Czekała tam na mnie Gwen. Przyjaciółka wyściskała mnie i powiedział, że na pewno nie będzie tęsknić. Zaśmiałyśmy się i każda odeszła w swoją stronę. Dziewczyna nie miała pojęcia, co ja tak na prawdę robię w tym czasie. Nie lubiłam jej okłamywać, ale wmówienie jej, że wyjeżdżam na obóz jeździecki, było jedynym sposobem aby uchronić ją od całego niebezpieczeństwa tego, co robię.
Na zakręcie zauważyłam ciemną sylwetkę. Delikatnie odstawiłam torbę na ziemię i zakradłam się od tyłu. Założyłam mu dłonie na oczy o szepnęłam do ucha :
-Zgadnij kto to - powoli się odwrócił w moją stronę i delikatnie ściągnął moje dłonie ze swojej twarzy.
-Zgadłem! - krzyknął i zachwycił moje wargi swoimi. Tak uwielbiałam ciepło jego ust i tą iskrę namiętności, gdy jego oddech przyśpieszał, co raz bardziej z każdą sekundą. Oderwałam się od niego dopiero po chwili i zplotłam jego palce ze swoimi.
-Moja torba sama się nie poniesie- spojrzałam z rozbawieniem w jego orzechowe oczy.
W samolocie nie było ani chwili, żeby panowała cisza. Chłopak ciągle mnie rozśmieszał abym zapomniała o strachu. Przyznam, że nawet nieźle mu to szło. Lecieliśmy już, wiele godzin, a jeszcze więcej było przed nami. Mieliśmy dla siebie dużo czasu, ale to było za mało. Chciałam go więcej. Teraz puki jeszcze mogłam. Bałam się, że go stracę. Nie wiem? Może po prostu chciałam żebyśmy byli jak inne pary, choć wiedziałam, że to niemożliwe. Jedno cały czas pilnowało drugiego, mieliśmy do siebie bezgranicznie zaufanie. Jedna rzecz która nie dawała mi spokoju to, to że każde z nas bez wahania poswiwciło by się za drugie. Tylko jakoś nie potrafię nawet w najgłębszych zakamarkach mojego chorego umysłu wyobrazić sobie życia bez niego, tuż obok.
Zaciągnełam się jego zapachem i mocno wtuliłam w jego tors. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Nienawidziłam siebie za to, że wcześnie nie potrafiłam rozszyfrować swoich uczuć i powiedzieć mu najważniejsze słowa jaki każdy człowiek w swoim życiu powinien usłyszeć - kocham cię. Te 2 słowa, a 9 liter mogły wtedy coś zmienić, a teraz były zakużoną nadzieją na lepsze jutro.
*Mikers*
Odgarnąłem jej włosy z czoła. Wyglądała tak nie winnie kiedy spała. Była taka piękna, taka idealna. Taka moja. Kocham ją w każdym pięknym znaczeniu tego słowa i nie potrafię zapomnieć momentu kiedy upadła na tej ścieżce. Podbiegłem wtedy i szybko uniósłem ją z czarnej gleby. Była zimna, a jej skronie lśniły potu. Mamrotała coś pod nosem, a ja tylko patrzyłem jak jej powieki stają się cięższe i cięższe, aż w końcu opadły. Nie mogłem nic poradzić. Czułem jak by to była moja wina, że nie znalazłem jej wcześniej. Nie potrafiłem nic zrobić. Upadłem na kolana i płakałem. Krzyczałem najgłośniej jak tylko się dało. W moich uszach odbijał się głuchym dźwięk. Odwróciłem głowę w tamtą stronę. Nad latywał helikopter. To była szansa , dla niej.
Poczułem zaciskającą się dłoń na moim ramieniu.
- Wszystko okey ? - patrzyła na mnie z troską w oczach.
-Prawie cię straciłem- wyszeptałem.
-Prawie i to nigdy się nie zdaży- ułożyła głowę na moim ramieniu i przymkneła powieki.
To było tylko złe wspomnienie. Ale obiecuję , że nigdy drugi raz do tego nie dopuszczę, powiedziałem sobie w myślach. Oparłem głowę o fotel, a moje powieki sama spadły w dół i nie miały zamiaru jeszcze długo się podnosić.
* Merina *
Mocno uderzyłam głową o szybę przy naszych fotelach. Płynnymi ruchami rozmasowywałam pulsujące miejsce. Szturchnełam chłopaka w ramię.
- Co jest? - spytał leniwie otwierając oczy.
-Nie wiem, ale na pewno nie jest dobrze. W tej chwili zażuciło nami jak workami z mąką i już leżeliśmy na przeciwnej ścianie samolotu. Mikers podał mi rękę, a ja ją chwyciłam i wstałam. Chwiejnym krokiem doszliśmy do kabiny pilota. Otworzyliśmy zasuwane drzwi, a widok który zostaliśmy w środku przyprawił mnie o mdłości. We wnętrzu kabiny leżało rozszarpane ciało pilota. Dzięki Bogu był to cybork nie człowiek. Na jego rozszarpanym brzuchu, z którego wystawały pojedyncze cześci jelita siedziała mała małpka. Słodka, ale nie tak przyjazna jak mogło by się wcześniej wydawać. Cicho obeszliśmy ciało i usiedliśmy na miejscu pilota.
-Umiesz latać? - spojrzałam na chłopaka z nadzieją, że jego odpowiedź na pytanie będzie twierdząca. On uśmiechnął się tylko krzywo i pokręcił głową. - Przecież byłeś na kursie! - krzyknełam . Ta sytuacja mnie przerastała.
- Byłem, ale to była tylko teoria i nawet nigdy nie leciałem samolotem - w jego oczach widziałam smutek.
- Nie chciałam krzyczeć. Przepraszam - utkwiłam swoje spojrzenie w jego tęczówkach. Były lekiem na całe zło. Zawsze mnie uspokajały. - Co robimy? - zacisnełam swoją dłoń na jego nadgarstku.
-Będziemy próbować wylądować - na jego ustach pojawił się uśmiech, okazujący przypływ adrenaliny.
-A co zrobimy z tą małpą? -zapytałam.
- Ja kieruje samolotem ty łapiesz małpkę - uśmiechnął się wyzywająco.
Oj ze mną tak łatwo nie wygrasz kolego jeszcze się okaże kto tu lepiej wykona swoje zadanie. Pokazałam mu ząbki i odwzajemniłam uśmiech. No to teraz się po bawimy w berka.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam was tym rozdziałem. Wiem jest słaby, ale coś nie mam weny. Myślę czy nie skończyć tego opowiadania i zacząć nowe, ale to się jeszcze zobaczy. Do następnego. Juleczka ♥
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz